O konkursie:
Zastanawiałam się, który tekst podrzucić do konkursu TEKST ROKU. Najczęściej odwiedzany? Najzabawniejszy (moim zdaniem)? Najlepiej napisany? Najpoważniejszy? Najbardziej obrazoburczy lub skandaliczny? Albo jeszcze jakiś inny?
Pomyślałam, że skoro to konkurs, to trzeba dać to, co jest najlepiej napisane, czyli coś ciekawego, ale przede wszystkim językowo dobrej jakości.
Przeglądałam właśnie teksty zgłoszone na konkurs i okazało się, że kompletnie nie wyczułam specyfiki tej rywalizacji. Ważny jest bowiem temat, zagadnienie, problematyka. Nie mówię, że język się nie liczy, ale decydować będą inne… walory. Tekst może być zgrabnie zredagowany, ale istotne będzie, jak sądzę, to, o czym został napisany. Tak wnioskuję po analizie popularności poszczególnych tekstów.
Pal licho, gdyż nie liczyłam na zwycięstwo w żadnej kategorii. Wystartowałam, bo to świetna okazja do nawiązania ciekawych znajomości, a na to liczę najbardziej (już kilka nawiązałam )Myślę, że mój blog jest zbyt niezdecydowany, by móc pretendować do zwycięstwa. Prześlizguję się w nim po tak różnych zakamarkach świata. Nie potrafię przystanąć przy którymś fragmencie rzeczywistości i głęboko się jej przyjrzeć. Na tyle głęboko i wnikliwie, by poświęcić mu cały blog. Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerz To, co mnie otacza, jest na tyle fascynujące, frapujące, że będę prześlizgiwać się dalej, nie decydując, czy wolę life style, parenting, kulturę, czy życie. Zrobię to na tyle dokładnie, na ile zdołam.
Chciałabym mieć więcej czasu, by więcej pisać. Serio. To takie przyjemne. Jednak niemożliwe. przy intensywnej pracy zawodowe, dzieciach, domu i jeszcze chęci, by poczytać nie jestem w stanie znaleźć więcej czasu. Niestety. Poza tym, tworzenie tekstu to najczęściej impuls. Coś pojawia się w głowie i wtedy trzeba to szybko opisać. Wypracować się nie da. A przynajmniej ja tak nie umiem. To, co najlepiej mi wychodzi, zostało stworzone chwilą. Wtedy po prostu słowa same wpadają do głowy i proszą o utrwalenie ich na wirtualnym papierze… Sporo siedzi już w mojej głowie, ale na spisanie ich historii potrzebuje więcej czasu aniżeli chwilowo go mam. Poza tym, jak w życiu jest dużo zawirowań, to i bałagan w słowach się pojawia i trudno je ujarzmić.
Tak więc, podsumowując, ciekawa jestem, który tekst wygra, który blog – czy moje przypuszczenia się sprawdzą. Ale że intuicja w kwestii wyboru tekstu tak mnie zawiodła… starość czy co… ???
Zobacz także: POL – AR serwis
Dziecko nie jest najważniejsze??
Cóż… niewykluczone, że posypią się na mnie gromy, gdyż głosić będę to, co obecnie niemodne i nie-trendy.
Od ładnych paru, a może nawet paru-nastu lat często słyszy się, że dziecko jest najważniejsze, dziecko jest centrum wszystkiego itp. itd. Ja się z tym nie zgadzam. Dziecko chowane w poczuciu, iż jest absolutnie najważniejsze, nie zrozumie, jak powinno funkcjonować społeczeństwo. Nie pojmie tej prostej prawdy, że żyjemy przede wszystkim dla innych a nie tylko dla siebie. Takie dziecko skupiać się będzie na sobie. Ja to… ja tamto… daj MI… ja muszę… ja mam prawo…
Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moi synowie. (Zobacz też: )
Jako nauczyciel uważam, że moi uczniowie są tak samo ważni w szkole, jak ja czy obsługa administracyjna placówki.
Najważniejszy jest człowiek. Nie dziecko.
Okazuje się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach. Na szczęście. Tu i ówdzie zaczyna się przebąkiwać, że modne od jakiegoś czasu psychologiczno-pedagogiczne poglądy może niekoniecznie są słuszne. Czyżbyśmy wreszcie zaczynali dostrzegać, że wychowujemy pokolenie egoistów? Niejednokrotnie niesamodzielnych? Albo i krnąbrnych?
Pewien człowiek napisał książkę „Sześć podstawowych zasad. Jak wychować zdrowe i szczęśliwe dzieci”. To John Rosemond. Mądry gość. Twierdzi, że dziecko należy zdjąć z piedestału, o ile naprawdę chcemy, by było szczęśliwe i spełnione jako człowiek.
Polecamy:
Jak więc utrudnić życie dziecku, by było mu łatwiej?
1. Dziecko to nie partner.
Wydaje się jasne, prawda? Nie może być mowy o partnerstwie, skoro odpowiedzialność leży tylko po jednej stronie – rodzica. Nie można być kumplem własnego dziecka. Ono tego nie chce. Ono pragnie, by ktoś był za nie odpowiedzialny, wyznaczał granice, otoczył opieką. Kumple są od czegoś innego.
2. Odrobina stresu jest potrzebna.
Nie tylko stresu. Złości, frustracji. To uczucia konieczne, hartujące dziecięcą psychikę. Jeśli zaznamy totalnej sielanki jako dzieci, nie poradzimy sobie z trudnymi sytuacjami jako dorośli.
3. Słowo „nie” jest niezbędne. Stosuj kilka razy dziennie.
Nie ma nic gorszego, niż zgadzanie się na wszystko. Mówienie „tak”, no bo głupio powiedzieć „nie” i sprawić przykrość. A ta przykrość jest konieczna. Czy w życiu zawsze słyszymy „tak”? Odmawiajmy dziecku, niech się uczy od małego, bo life is brutal.
4. Słuchaj opinii swojego dziecka, ale niekoniecznie bierz je pod uwagę.
Każdy ma prawo do tego, by zostać wysłuchanym, co nie znaczy, że wszyscy wokół zastosują się do tego, co mówi. Jest dla mnie oczywiste, że dziecka trzeba wysłuchać, ale też rozsądnie wyważyć, kiedy powinno się wziąć pod uwagę jego opinię a kiedy nie.
5. Potrzeby mają górować nad zachciankami.
Te pierwsze obowiązkowo zapewniamy. Na drugie uważamy. I to do nas – rodziców należy decyzja o tym, co jest potrzebą a co zachcianką.
6. Posłuszeństwo jest ważne.
Dziś, w czasach, kiedy w gazetach podkreśla się, że dziecko NIE MA BYĆ grzeczne, moje pisanie o posłuszeństwie może wydać się co najmniej dziwne. Mam to gdzieś, wybaczcie. Uważam, że aby odnaleźć się w życiu, w otaczającym nas środowisku, społeczeństwie, trzeba przestrzegać pewnych zasad, wiedzieć, co można a co nie i stosować się do tego. A to nic innego jak bycie grzecznym. Dziecko MA BYĆ GRZECZNE. Powinno mieć ogładę; wiedzieć, jak należy się zachować w rozmaitych sytuacjach; mieć zahamowania, czyli zdawać sobie sprawę, że pewne zachowania są nie na miejscu; dostrzegać potrzeby ludzi wokół. To jest bycie grzecznym. Dziecko, które jest takie, poradzi sobie i jako uczeń, i jako dorosły człowiek.
7. Czasem musi wystarczyć „Tak ma być!”
Zgadzam się. Wchodzenie z dzieckiem w dyskusję nie zawsze ma sens i uzasadnienie. Niekiedy rodzic ma prawo powiedzieć: Zakładasz czapkę, jest mróz. I już. I nie ma co dyskutować. Masz wrócić do domu o 20. I już. Oczywiście, inaczej to wygląda, kiedy dziecko ma 13 lat a inaczej, gdy ma 6. Wiem jednak z doświadczenia, że tłumaczenie się dziecku ze swoich decyzji bywa niebezpieczne. Jeśli robimy to za każdym razem, młody człowiek zacznie wymagać od nas, byśmy za każdym razem uzasadniali swoje decyzje. A to nie jest nasz obowiązek!
8. I chyba najważniejsze: dziecko jest ważne, rodzice też, tak samo a kto wie, czy nie bardziej.